Pean na cześć Sandersona vol. 1

Pewnie powinnam była napisać to w powitalnym poście - uwielbiam fantastykę! Zdecydowanie ten gatunek najbardziej doprowadza moją wyobraźnię do wrzenia. A już mistrzem w tym jest Brandon Sanderson (tutaj miejsce na kilka serduszek).
Ten nadzwyczaj literacko płodny autor podbił moje serce kilka lat temu "Drogą Królów". Zrobił to szczególnie postacią Kaladina, w którym doszczętnie i z kretesem się zakochałam (chociaż już nie można nazwać mnie podlotkiem, a mój stan cywilny to już nie panna). Z Archiwum Burzowego Światła (jest to nazwa serii, której pierwszym tomem jest właśnie "Droga Królów") przeczytałam też "Słowa Światłości" i pierwszy tom "Dawcy Przysięgi", czyli właściwie tych książek, które jak dotąd zostały napisane i przetłumaczone na język polski (drugi tom "Dawcy Przysięgi" ma być ponoć w maju... czekam!). Oprócz tego pochłonęłam trylogię Mściciele, dalej wzięłam się za niesamowite "Elantris", aż doszłam do serii rozpoczynającej się od "Z Mgły Zrodzonego".

Euforia trwa.

I tak, wiem, wymieniłam wiele tytułów, ale co jest dziś ważne, to oczywiście to ostatnie, gdyż to o moim najnowszym pożartym czytadle chciałabym się rozpisać. Ale pozostając jeszcze przy ogólności geniuszu Sandersona - według mnie oczywiście - każda jego książka jest niesamowita. Facet posiada niezwykły talent do wymyślania nowych światów, sposobów na magię/niezwykłe umiejętności, a co najważniejsze, w nadnaturalnie fantastyczny sposób kreuje postacie. I to nie tylko te pierwszoplanowe. U Sandersona wszystkie postacie są genialne!

(pamiętaj, że piszę z mojej perspektywy - możesz się ze mną nie zgadzać)

A teraz przejdę do sedna.

"Z Mgły Zrodzony" 

O co tu chodzi? Na planecie, którą oświetla czerwone słońce, gdzie z gór unosi się popiół i okrywa całą ziemię, a nocami wypływają przerażające mgły, istnieje Ostatnie Imperium, władane od tysiąca lat przez nieśmiertelnego Ostatniego Imperatora. Ludzie dzielą się na szlachetnie urodzonych (potomkowie tych, którzy u zarania władzy Ostatniego Imperatora mu pomagali) oraz na skaa. Motłoch. Niewolników.
Akcja dzieje się głównie w stolicy imperium - Luthadelu. Jak dla mnie mamy dwóch głównych bohaterów: Vin i Kelsiera.

Vin to młoda dziewczyna, należąca do szajki złodziejskiej skaa. Stara się być niezauważana, rzadko kiedy jakiejkolwiek dziewczynie udaje się przeżyć w takich warunkach... Ale Vin jest inna. Ma swoje "szczęście", dzięki któremu ludzie stają się przychylniejsi. Szef jej obecnej szajki w pełni to wykorzystuje.

Kelsier jest Zrodzonym z Mgły. Mężczyzną dużo po trzydziestce. Ocalałym z Hathsin. Co to wszystko znaczy? Otóż Kelsier włada Allomancją, mocą pochodzącą ze spalania metali - połyka się odpowiedni metal i spala go w żołądku, czerpiąc z niego moce. Każdy z metali daje inne efekty, np. cyna z ołowiem dodaje sił, mosiądz tłumi uczucia innych ludzi, a żelazo przyciąga najbliższe metale. Znanych jest póki co dziesięć metali. I osoba, która potrafi spalać je wszystkie jest właśnie Zrodzonym z Mgły. Są też ludzie obdarzeni umiejętnością spalania tylko jednego metalu, nazywa się ich Mglistymi. Jak nietrudno się domyślić, Zrodzonych z Mgły jest mniej niż Mglistych.

Kelsier powrócił do podziemi Luthadelu po tym, jak uwolnił się z Czeluści Hathsin, gdzie został zesłany za próbę zamachu na pałac Ostatniego Imperatora. Z miejsca, z którego NIKT nie wracał. Ale Kelsier doznał tam złamania, podczas którego obudziły się jego moce. Po kilku latach wrócił, by zebrać na nowo szajkę dawnych znajomych. Mglistych i zwykłych skaa. Jeden z nich naprowadza go na Vin, którą obserwowali od jakiegoś czasu. I w ten sposób Vin trafia do ich szajki. Na pierwszym spotkaniu Kelsier przedstawia swój plan: obalenie Ostatniego Imperatora!

I tu pojawia się cała akcja książki: knucie, intrygi, szkolenie Vin, spiski... wszystko dzieje się wolno, co, jak rzadko, w tym przypadku jest ogromnym plusem. Mamy okazje dobrze poznać wszystkich bohaterów, Allomancje, wejść w cały ten świat od stóp aż po czubek głowy. Nadmienię tu tylko, że dawno nie miałam takiego kaca książkowego, jak po skończeniu "Z Mgły Zrodzonego". Najpierw z pół godziny płakałam, a aż do kolejnego dnia nie mogłam się odnaleźć w świecie. Bo to, jak ten tom się skończył... w życiu się tego nie spodziewałam!

Szczerze polubiłam wszystkich członków szajki Kelsiera. Nonszalancki i egoistyczny Breeze, zrzędliwy Clubs, silny a jednocześnie refleksyjny Ham, mądry i ułożony Sazed, nawet lekko nieogarnięty Spook. Każdy z nich jest świetnie dopracowaną postacią. Mamy też zderzenie dwóch światów - nędzy skaa i bogactwa arystokracji. Bo gdy przychodzi moment, w którym skryta i nieufna Vin poznaje Elenda Venture, dziedzica najbardziej wpływowego rodu imperium, zaczyna wrzeć. Nie mogłam się oderwać od lektury!

Wszystkim fanom fantastyki szczerze polecam i tę książkę i autora! A osobom, które jeszcze nie wiedzą, czy lubią ten gatunek, mogę z czystym sercem powiedzieć, że mogą spróbować, gdyż świetne kreacje postaci, prowadzenie fabuły i sposób przedstawiania świata moim zdaniem powinien Wam się spodobać.

To tyle na dziś. Pean pierwszy zakończony. Bo o Sandersonie na pewno napiszę więcej. Na Keleka, o wiele więcej!

Kłaniam się nisko,
Zaczytany intrOwertyk

Komentarze