Opisałam już, o czym jest właściwie "Z Mgły Zrodzony". Teraz chciałabym się podzielić moimi wrażeniami po lekturze, dlatego osoby, które jeszcze tej książki nie czytały, niech NIE CZYTAJĄ tego posta.
Napiszę szczerze, początkowo miałam problem z przestawienie się na ten świat Allomancji. Jednakże było to spowodowane tym, że zabrałam się za tę książkę niemal od razu po "Elantris" (kolejna książka Sandersona, dziejąca się w zupełnie innym świecie).
Całe szczęście dość szybko wsiąknęłam w fabułę, głównie dzięki tej szczegółowości i powolności akcji, o której pisałam w poprzednim poście. Razem z Vin uczyłam się wszystkiego na temat bycia Zrodzonym z Mgły, tego, jakie jest to uczucie połykać metale, jak one działają... Oraz bardzo dokładnie zagłębiałam się w plan Kelsiera. Dla mnie to właśnie to było chyba najlepsze w tej części! To knucie, kolejne etapy planu... Kiedy Vin udawała lady Valette, najpierw ucząc się być arystokratką, a potem lśniąc na balach - jako kobiecie czytało mi się o tym bardzo miło. A już kiedy spotkała Elenda! Sanderson świetnie wymyślił tę postać, ważny ród, a tak odmienny od reszty wysoko urodzonych chłopak! Czyta, filozofuje... coś dla nas, czytelniczek ;)
Elend swoją wrażliwością zapewne podbił serce nie tylko Vin, a wielu spośród czytających dziewczyn. Ja sama bardzo go polubiłam (choć czasem nie zgadzałam się z jego decyzjami czy zachowaniem, ale jego nieprzystawalność do świata mnie ujęła), ale w sercu mam Kaladina, koniec kropka.
Kiedy niespodziewanie armia rebelii skaa poniosła głupią porażkę, byłam szczerze zaskoczona. Nie wiem, może naiwnie sądziłam, że wszystko pójdzie według planu Kelsiera. Ale właśnie, nie szło. I to jest też takie niesamowite. Próby walki, kończące się porażką. Właściwie naprawdę wiele rzeczy kończyło się porażką... Pasowało to do tego depresyjnego świata pełnego popiołu, mgieł i zniewolonych ludzi. Czytając, trzeba uważać, by samemu nie wpaść w depresję. Momentami.
Takim momentem była szczególnie końcówka.
I teraz, jeśli nie czytałeś/aś "Z Mgły Zrodzonego" a nadal czytasz mój post, ostrzegam, że wyjawiam zakończenie książki.
Kiedy umarł Kelsier... to było tak niespodziewane! A stało się to po niesamowitej walce ze Stalowym Inkwizytorem... Przyszedł Ostatni Imperator, bum i koniec.
Byłam w szoku.
Nawet to, że w końcu reszta rzeczy się udała, że to wszystko okazało się być tajemnym planem Kelsiera... Nic to! Bo on umarł.
Płakałam z pół godziny. Taka strata!
Kelsier był niesamowicie interesującą postacią. Jego tragiczne przejścia, domniemana zdrada przez żonę, ciężkie prace w Czeluściach, beznadzieja... a on powrócił z uśmiechem na ustach. Możliwe, że często wymuszonym. Ale był.
Kelsier zawsze BYŁ nadzieją. Nie tylko po śmierci i wznieceniu buntu skaa w Luthadelu. Już w trakcie ich działań, wymyślania planu, on swoją postawą, tym cudnym uśmiechem był dla wszystkich innych nadzieją. I to on sprawiał, że wszyscy członkowie szajki stawali się dobrymi ludźmi. Że sobie ufali.
I że w końcu Vin zaufała.
Ach... Wspaniała, jakże wspaniała książka. W fantastyce uwielbiam tą górnolotność wydarzeń, wagę dziejących się chwil, które zaważają na losach świata. Też tak macie?
Z łezką w oku kończę.
Zaczytany intrOwertyk

Komentarze
Prześlij komentarz